Dawno, dawno temu trolle i krasnoludy stoczyły swoją pierwszą oficjalną walkę, zwaną Bitwą w Dolinie Koom. Wiele lat później pewien genialny (choć przejawiający irracjonalny lęk przed kurczakami) malarz uwiecznił to wydarzenie na płótnie. Obecnie spora grupka zapaleńców-krasnoludów i zapaleńców-trolli przygotowuje się do rekonstrukcji historycznej, w której rekwizytami nie będą bynajmniej drewniane topory i papierowe maczugi. Sytuacja w Ankh-Morpork staje się napięta, tym bardziej, iż ginie jeden z Głębinowców (krasnoludzkich kapłanów), a z miejskiego muzeum ktoś kradnie obraz przedstawiający pradawną bitwę. Czy kapitan Vimes opanuje sytuację, zaprowadzi w mieście porządek i dogrzebie się prawdy? Czy może jednak dojdzie do wielkiego
„Łups!”?
Tomy poświęcone straży Ankh-Morpork to dla wielu – w tym i dla mnie – ulubione powieści spod szyldu „Świata dysku”. Dotyczy to przede wszystkim początkowych części z „serii”, gdy jeszcze drużyna kapitana Vimesa jest nieliczna, strachliwa, a jej członkowie programowo unikają potencjalnych i faktycznych miejsc zbrodni. Niejednemu czytelnikowi łza się w oku zakręci na wspomnienie parszywego losu strażników, niejeden zaśmieje się w duchu, przypominając sobie pierwsze kroki w funkcjonariusza Marchewy w zawodzie. Ale jak to mówią – co było, a nie jest … Dziś w straży siła, wampir i wilkołak i nawet Polityka jej nie straszna. Ale czy taka wizja stróżów porządku w Ankh-Morpork jeszcze do nas przemawia?
Kapitan Vimes nie jest już rozgoryczonym gliną, a człowiekiem, z którym należy się liczyć – o jego uczciwości i umiejętności rozwiązania każdej sprawy krążą legendy. O ile kiedyś straż unikała uzyskiwania informacji o przestępstwie, o tyle dziś to informacje o przestępstwie starają się unikać straży. Fred Colon i Nobby Noobs, nawet Marchewa, powoli ustępują pola nowym wyjadaczom: sierżant Angui oraz nowej funkcjonariusz, wampirzycy Sally. Straż Ankh-Morpork to już nie karykatura naszej policji – zaczyna przypominać raczej wzór godny naśladowania. Czytelnik musi się chyba oswoić z tą wizją.
Terry Pratchett zdaje się już znudzony nieustannym przypominaniem nam, kim są jego bohaterowie i z czego wynika specyfika Ankh -Morpork. W
„Łups!” nie znajdziemy opisu całego miasta ani skrótu z historii życia postaci, nawet tak istotnych, jak kapitan Vimes. Pisarz skupia się na snutej opowieści, przywołując w fabule kwestie takie jak niechęć rasowa, problemy z asymilacją, wreszcie próby dostosowywania historii do celów, nazwijmy to, politycznych – i mimo, że ciągle sporo w tym zdrowego absurdu, słychać także nutę powagi.
Z wymienionych powyżej powodów
„Łups!” nie jest książką, od której czytelnik powinien rozpoczynać swoją przygodę ze Światem Dysku. Niektóre żarty tracą na sile, o ile zapomnimy o nakreślonym w pozostałych częściach serii kontekście. Bez niego historia o dolinie Koom staje się zadziwiająco… poważna.
Tłumaczenie Cholewy jak zwykle genialne, robota korekty solidna, a okładka cieszy oczy – przejrzyste prace Paula Kidby’ego podobają mi się bardziej, niż pełne przepychu i dziwacznych postaci ilustracje Josha Kirby’ego.
„Łups!” może się miłośnikom prozy Pratchetta wydawać poważniejsza i mniej absurdalna od innych powieści z serii. Mimo wszystko to świetna pozycja - wciąga, aż do samego końca trzyma czytelnika w napięciu, wreszcie nagradza świetnym rozwiązaniem zagadki i – o ile znamy realia świata – wciąż bawi. Scena finałowa to majstersztyk, Pratchett w najlepszym wydaniu i choćby dla niej warto po tę pozycję sięgnąć. Serdecznie polecam.
8/10
Tytuł: Łups!
Autor: Terry Pratchett
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawca: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 2009
Liczba stron: 336
ISBN 978-83-7648-130-2
Oprawa: miękka
Książkę do recenzji dostarczyło Wydawnictwo Prószyński
