Wampiry są wszędzie. Istoty, które do początku poprzedniego wieku stały w jednym szeregu ze strzygami, bazyliszkami, wodnikami i gronem innych legendarnych, a nieco zapomnianych stworzeń, spotkać można dzisiaj na każdym kroku – w filmie, literaturze, w muzyce. Wrażenia przesytu trudno uniknąć, w końcu wampiry pojawiają się u twórców tak różnych, jak King, Pratchett, Sapkowski, czy odnosząca ostatnimi czasy sukcesy Stephenie Meyer. Jeśli wypadałoby kogoś za taki stan rzeczy winić (jest to bowiem kwestia godna osobnego tematu), nie byliby to bynajmniej panowie Polidori i Stoker, którzy owe pijawki w ludzkiej skórze wprowadzili do literatury. Winą trzeba by najpewniej obarczyć dwie panie rodem z Ameryki: Anne Rice oraz Chelsea Quinn Yarbro. Im to bowiem zawdzięczamy dwie najważniejsze sagi poświęcone wampirom, niniejsza recenzja zaś dotyczyć będzie drugiej z wymienionych autorek i
Hotelu Transylvania – książki, która rozpoczyna jej trwającą już ponad trzydzieści lat opowieść.
Cykl Yarbro tworzą luźno powiązane ze sobą, rozpięte na przestrzeni paru stuleci, historie o losach wampira znanego jako hrabia Saint-Germain. Akcja omawianej książki toczy się w Paryżu w roku 1743. Gdy Yarbro rozpoczyna swą opowieść, Saint-Germain, przebywający w stolicy Francji już od paru miesięcy, pozostaje dla Paryżan zagadką. Otacza go aura tajemniczości, cechują bogactwo, charyzma i wszechstronne wykształcenie. Przyjaciół ma równie wielu co wrogów, a w poczet tych ostatnich wpisuje się przede wszystkim diaboliczny Saint Sebastien, przywódca kręgu czcicieli Szatana. Wtedy to do Paryża przybywa młoda i śliczna Madelaine – bratanica przyjaciółki Saint-Germaina, lecz również córka człowieka, którego z Saint Sebastienem wiąże przysięga sprzed lat. Chwila, gdy wampir będzie musiał stawić czoła czcicielom Szatana aby bronić dziewczyny, nadciąga nieubłaganie.
Powieści o Saint-Germainie opisuje się przeważnie jako horrory historyczne i wypada tu zaznaczyć, iż znacznie więcej w nich historii niż horroru. Yarbro od pierwszych stron zaskakuje dbałością o detale, tworząc plastyczne opisy, które doskonale portretują obraną za cel epokę. Można tu mówić o pewnej przesadzie, jako że przedstawienia strojów zajmują mniej więcej dziesiątą część tekstu; nie nużą jednak i wiele mówią o bohaterach. Świetnie też odnajduje się Yarbro w realiach XVIII-wiecznej Francji, konstruując listy wymieniane przez bohaterów, a umieszczone pomiędzy kolejnymi rozdziałami powieści. Jej znajomość epoki, odwzorowanie właściwej tym czasom stylistyki i brzmienie dialogów – to wszystko działa na korzyść autorki i pozwala zatopić się w przedstawianym świecie.
Fabuła przedstawia się równie atrakcyjnie. Wartkiego tempa i licznych zwrotów akcji, którymi kusi wydawca, raczej się nie uświadczy, niemniej jednak książka nie nudzi i czyta się ją z przyjemnością. Bardzo dobrym zabiegiem wydają się wspomniane już listy, które zgrabnie odkrywają pewne fakty lub streszczają mniej istotne dla fabuły wydarzenia, dodając powieści jako takiej dynamiki. Yarbro łączy wątek romantyczny i przygodowy, tworząc historię ciekawą i spójną, utrzymaną w prawdziwie francuskim duchu mogącym się kojarzyć z powieściami Dumasa. O grozie nie może tu być mowy, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że utwór pochodzi z roku 1978. W porównaniu do wcześniejszego o trzy lata
Miasteczka Salem Kinga (tekstu, bądź co bądź, też o wampirach) wypada równie blado, co
Porucznik Columbo przy
Milczeniu Owiec.
Istnieje, niestety, parę elementów, które nie pozwalają mi z pełnym przekonaniem polecić tej książki. Pierwszą jest obecny momentami (tylko momentami, fakt, ale niebywale drażniący) brak fabularnego realizmu. Zdarza się, że postacie zachowują się tak nielogicznie, że wywołują u czytelnika poczucie obcowania z absurdem – a to chyba najgorsze z czym można się zetknąć w książce aspirującej do miana horroru.
Druga wada książki łączy się ze wspomnianymi już listami-przerywnikami. Pod koniec powieści, gdy akcja wreszcie nabiera tempa, krótkie rozdziały są raz po raz rozbijane długimi na stronę i więcej listami, które nic nie wnoszą do fabuły, a dynamice podrzynają gardło i wdeptują ją w papierową glebę. Nie sposób ich traktować inaczej, jak samobójczego gola strzelonego przez Yarbro samej sobie.
Hotel Transylvania jest książką niezłą. W żadnym razie wybitną; oferuje jednak przyzwoitą rozrywkę okraszoną dobrym stylem i zapadającymi w pamięć postaciami. Warto się z nią zapoznać, chociażby po to, by zobaczyć, jak rodzi się jedna z najdłuższych literackich sag, a wraz z nią jeden z najbardziej interesujących bohaterów-wampirów wszechczasów.
Ocena: 7/10
Chelsea Quinn Yarbro
Hotel Transylvania
Wydawnictwo: Rebis
Tytuł oryginalny: Hotel Transylvania
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 336
Oprawa: miękka
Wymiary: 128 x 197 mm
Tłum.: Radosław Kot
Książkę do recenzji dostarczyło Wydawnictwo Rebis
