Od pewnego czasu (a konkretniej – od publikacji
Kodu Leonarda Da Vinci) rynek księgarski zalewany jest licznymi pozycjami doszukującymi się przeróżnych spisków w sercu Kościoła, obalającymi dogmaty, odnajdującymi „nowe, przełomowe i rewelacyjne” znaczenia Biblii. To wszystko na ogół przyprawione jest religijnymi tajemnicami nie do końca teologicznej natury i teoriami spiskowymi. To, co zaczął Dan Brown (pisarz zresztą zdecydowanie solidny), kontynuuje rzesza mniej lub bardziej utalentowanych i znanych autorów, którzy swemu poprzednikowi pozazdrościli poczytności i uznania. Niedawno, ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że do tego grona dołączył Robin Cook – twórca wielu książek z gatunku thrillera medycznego, cieszących się od wielu lat niesłabnącą popularnością. Zastanawiające jednak jest, że książka, za sprawą której Cook dołączył do wspomnianego grona, nadal wydawana jest w takich samych seriach, jak wszystkie poprzednie, czysto medyczne jego dzieła. Nie jestem przekonany, czy to dobry ruch, lecz zacznijmy od podstaw, na których opieram to stwierdzenie.
W
Interwencji spotykamy starych znajomych, Jacka Stapeltona i jego żonę Laurie Montgomery. Oboje są anatomopatologami, jednak obecnie pracuje tylko Jack, bowiem Laurie zajmuje się ich czteromiesięcznym dzieckiem, które na domiar złego zmaga się z nowotworem. Jack natomiast rzuca się w wir pracy, by nie musieć myśleć o problemach. Nagle zostaje jednak wplątany w intrygę zawiązaną przez dwóch z jego starych kolegów ze studiów – archeologa Shawna Daughtry’ego i arcybiskupa Nowego Jorku, Jamesa O’Rourke. By specjalnie nie zagłębiać się w zawiłości fabuły, dość powiedzieć, że Daughtry wraz z żoną (specjalistką od analizy DNA) wpadają na trop ossuarium, w którym znajdować mają się kości Matki Boskiej. Napędzany żądzą sławy, archeolog wykrada artefakt z dość nietypowego miejsca ukrycia i przemyca go do Stanów Zjednoczonych. Popełnia jednak błąd, wykorzystując do tego celu swojego przyjaciela, Jamesa. Ten bowiem, zdając sobie sprawę z wpływu, jaki opublikowanie odkrycia Daughtry’ego mogłoby mieć na cały świat katolicki, stara się zrobić wszystko, by temu zapobiec. Książka opowiada więc o dwóch przeciwnych dążeniach – do naukowego obalenia jednego z głównych dogmatów Kościoła (dotyczącego wniebowzięcia Maryi) i do powstrzymania tych prób. Pozostaje jednak pytanie – gdzie tu medycyna, nieodłączny element powieści Cooka? Odpowiedź jest prosta – prawie jej nie ma. Owszem, występuje tu wątek krucjaty przeciwko medycynie alternatywnej (wyraz jednej z tendencji zauważalnych w ostatniej twórczości Cooka – zaangażowania społecznego), a znalezione kości mają zostać przebadane pod kątem DNA, jednak tematy te prawie nie mają związku z głównym nurtem fabuły i są z nim łączone niemal na siłę. Świadczy o tym chociażby fakt, że wątki ossuarium i medycyny prowadzone są kompletnie oddzielnie przez około 200 (!) stron, czyli połowę książki.
Tu właśnie pojawia się problem, o którym wspomniałem wcześniej – tematyka. O ile w klimatach medycznych autor porusza się naprawdę sprawnie, o tyle na archeologiczno-sensacyjnych teoriach spisku chyba zwyczajnie się nie zna. O ile warsztatowi pisarskiemu nie można niczego, jak zwykle zresztą, zarzucić, o tyle sama treść mocno kuleje. Trudno nieraz zrozumieć motywacje bohaterów, a zakończenie można przewidzieć na wiele stron naprzód (zresztą następuje ono nagle, pozostawiając niedosyt i jest strasznie melodramatyczne, a także cokolwiek bzdurne). Co z tego, że postacie są wyraźnie nakreślone i mają swoje charaktery, co z tego, że dialogi są dobrze skonstruowane, a narracja sprawna, jeżeli wszystkie te elementy nie zostały osadzone w przekonującej intrydze? Momentami wręcz czułem się potraktowany jak ćwierćinteligent, którego autor nie wziął na poważnie, stosując uproszczenia i skróty fabularne.
Warto jeszcze napisać coś o wydaniu, a to prezentuje się dobrze (jak to zresztą przeważnie jest w przypadku publikacji REBISu). Charakterystyczna szata graficzna i bardzo dobre liternictwo pozwalają bez wątpliwości umiejscowić książkę pośród innych z dorobku Cooka na półce. W samym tekście wyłapałem parę literówek, ale to do wybaczenia. Poza tym nie mam uwag – po prostu poprawne wydanie.
W ramach podsumowania można się zastanowić nad tym, co moda robi z literaturą. Przykładowo po wielkim sukcesie
Zmierzchu jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się kolejne książki traktujące o wampirach i im podobnych. Najgorsze, że pozycje te przeważnie były słabsze pod względem literackim od poprzednika, który zresztą też głębią i artyzmem nie grzeszył. I to jest właśnie największy problem. Podobnie rzecz ma się w przypadku literatury sensacyjnej spod znaku Dana Browna, którą ewidentnie starał się naśladować Cook. Przez próbę przystosowania się do bieżącej koniunktury wydawniczej, znacznie spłycił swoją prozę, czyniąc z niej zwykłe czytadło. Może nie byłoby to takie złe, gdyby
Interwencja została wydana poza zwykłą serią thrillerów medycznych, z nowymi bohaterami. Wtedy można by ją traktować jako pewien powiew świeżości i literacką próbę podjęcia nowego tematu. W zaistniałej sytuacji razi jednak nie tylko fakt, że tak nie zrobiono, ale też że książka ta jest przy okazji, niestety, kiepska i jest to podwójny zawód.
Ocena: 4/10
Interwencja
Autor: Robin Cook
Tytuł oryginału: Intervention
Przekład: Maciej Szymański
Rok wydania: 2009
ISBN: 978-83-7510-435-6
Liczba stron: 408
Format: 125x195mm
Wydawnictwo: REBIS
Książkę do recenzji dostarczyło Wydawnictwo Rebis
