Nazwisko Tada Williamsa, nie było mi obce, podobnie jak jego trylogia
Pamięć, Smutek i Cierń. Przynajmniej w teorii, bo przez długi czas nie udało mi się dotrzeć do cyklu. Powieści zachwalane przez jednych, a zupełnie nieznane przez drugich czekały na swój czas. W końcu, dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego REBIS i eleganckiemu wznowieniu ww. trylogii, mogłam oddać się przyjemności czytania pierwszej części cyklu, czyli
Smoczego tronu.
Zaczyna się niewinne. Niepozorny Simon, lekkoduch, marzyciel oraz chłopak do pomocy w zamkowej kuchni, wiedzie swój beztroski żywot. Włóczy się sekretnymi przejściami i ucieka przed nudnymi pracami domowymi w światy znane tylko jemu. W tym samym czasie, król John przygotowuje się do odejścia i przekazania tronu starszemu synowi Eliasowi.
Akcja zagęszcza się, a dwa różne watki łączą ze sobą za sprawą Simona. Nastoletni gamoń, jak bywa nazywany chłopak, podczas swoich wędrówek czasami coś usłyszy, innym razem zobaczy. Koniec końców wplątuje się w konflikt Eliasa z Josuą, a nawet większy.
Bohaterowie to ciekawe osobowości. Jest oczywiście młody Simon, a dokładniej Seoman, dopiero wchodzący w dorosłość, który ma niezwykłe szczęście znajdowania się w nieodpowiednim miejscu i dokonywania czynów nieprawdopodobnych. Jego nauczycielem jest Doktor Morgenes — trochę magik, trochę naukowiec, trochę historyk. Jednym słowem postać dość interesująca i bardzo wszechstronna. Kolejnym nauczycielem młodego mężczyzny staje się troll Binabik i jego przyjacielska wilczyca Qantaqa. Obóz królewski prezentują Elias — następca tronu, wraz ze swoim wiernym doradcą i ojcem Pryratesem. Postacią, o której nie można też zapomnieć, jest oczywiście królewski brat Josua Bezręki — wydaje się raczej człowiekiem spokojnym, który nie pożąda władzy, a jedynie spokoju. Oczywiście to nie wszystkie osoby pojawiające się na kartach
Smoczego tronu, jednak wymienianie ich wszystkich mijałoby się z celem.
Świat, który stworzył Williams jest dość bogaty, szczególnie w warstwie wyznaniowo-mitologicznej. Tworząc wiarę Erykladczyków, autor posłużył się, dobrze znanym polskiemu odbiorcy, chrześcijaństwem. Oto w tekście pojawia się Jedyny Bóg, obok niego Usires Aedon, który zginął powieszony na Drzewie, oraz Elysia, jego matka. Dodatkowo wyznawcy robią na piersiach znak drzewa, istnieje Matka Kościół, której głową jest Lektor.
Warstwa językowa
Smoczego tronu zaskakuje. Przede wszystkim swoim kunsztem i poetyckością w tak prosto napisanym tekście. Zwyczajnie zachwyca i nie pozwala się oderwać. Mogę nazwać Williamsa mistrzem słowa bez żadnych wątpliwości. Na ośmiuset stronach zawarł zaledwie urywek fascynującej historii, którą śledzi się z zapartym tchem.
Samo wydanie to oczywiście elegancja i prostota w grafice oraz profesjonalizm w każdym calu. Tom, mimo swej grubości, nie sprawia kłopotów podczas czytania (nie licząc wagi, która potrafi przygnieść). Kartki sklejone z największą starannością nawet nie myślą o ucieczce ze swojego miejsca — duży plus za jakość.
Podsumowując
Smoczy tron, zaledwie początek Pamięci, Smutku i Ciernia, posłużę się cytatem znajdującym się na tylnej okładce:
Jedno z najdoskonalszych dzieł z gatunku high fantasy… Lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika książek Tolkiena.
Pod pierwszym zdaniem podpisuję się całą sobą — dawno nie czytałam tak doskonałej książki. Pod drugim zdaniem… no cóż, miłośnikiem Tolkiena nigdy nie byłam, a powieści Williamsa z wielką radością wystawiam najwyższą notę 10/10.
Smoczy tron
Autor: Tad Williams
Tytuł oryginalny: The Dragonbone Chair
Przekład: Paweł Kruk
Cykl: Pamięć, Smutek i Cierń
Numer tomu: 1
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Rok wydania: 2010
Wydanie: III poprawione
Liczba stron: 824
Format:150 x 225
Oprawa: broszura szyta ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-7510-553-7
Książkę do recenzji dostarczyło Wydawnictwo Rebis
