W kulturze masowej panuje ostatnimi czasy wielka moda na wampiry i ich pochodne – krwiopijców wszędzie jest pełno i kolejni autorzy łamią sobie wciąż głowy nad tym, jak wydusić jeszcze trochę pieniędzy z rozentuzjazmowanych czytelników. Powiedzmy sobie otwarcie, większość dzieł powstających w tym nurcie nie grzeszy ani odkrywczą fabułą, ani sprawną narracją. Często niestety jest to typowe podrzędne czytadło, które aż razi miałkością. Na szczęście na scenie obecni są jeszcze inni bohaterowie literatury grozy – te najbardziej klasyczne stwory, które nieustannie i niestrudzenie łakną tylko jednego: MÓÓÓÓÓÓÓZGUUUUU! Mowa tu oczywiście o zombie, tych niezdarnych i niespecjalnie elokwentnych żywych trupach, które dadzą się pokroić (dosłownie), by tylko wgryźć w ciepłą, gąbczastą i wilgotną masę, wypełniającą nasze czaszki. Grzechem byłoby niewykorzystanie tak wdzięcznych bohaterów w nowych formach literackich, co też ostatnio wciela w czyn rzesza autorów. Na szczęście jednak kategoria książek o zombie na ogół wystrzega się grzechu literatury wampirycznej – nie powiela stale tych samych, ogranych schematów, a stara się wyważać ich ramy. Przykładem takiej tendencji jest
Opowieść zombilijna Adama Robertsa, która niedawno ukazała się na polskim rynku nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.
Jak łatwo się domyślić, książka ta jest zombicznym przetworzeniem historii skąpego Scrooge’a, małego Tima i całej reszty rodziny Cratchitów. Poprzestać na takim stwierdzeniu, to jednak znacznie spłycić istotę opowieści. Zacznijmy więc może od samej fabuły. Scrooge jaki jest, każdy wie – zgryźliwy, chciwy i chłodny. Bezceremonialnie traktuje wszystkich wokół – swoich pracowników i bliskich (o ile ktoś w ogóle jest dla niego bliski), jedynie pieniądze się dla niego liczą. Jednak pewnego szczególnego dnia, jego życie zmienia się kompletnie – wszystko zaczyna się od niecodziennego wydarzenia, w którym żywe trupy odgrywają niepoślednią rolę. Wszystkie perypetie pierwotnego Scrooge’a bledną w zestawieniu z grozą, która stała się udziałem jego uwspółcześnionej wersji. Nie chcę tu zdradzać zbyt wiele, jednak starczy napisać, że Adam Roberts wykorzystał skorupę klasycznej dickensowskiej opowieści, przetworzył ją w swoim nie do końca chyba zdrowym umyśle i podał w postaci pełnokrwistej historii o zombie.
W
Opowieści zombilijnej jednak właściwie nie sama historia jest najistotniejsza, bowiem dalszych wydarzeń można się stosunkowo łatwo domyślić, szczególnie znając pierwowzór (choć i tu, przy zakończeniu, czytelnika spotka duża niespodzianka). Postacie skonstruowane są poprawnie i stereotypowo, ale trudno spodziewać się pogłębionych charakterystyk bohaterów w książce liczącej nieco ponad 150 stron. Najmocniejszą stroną tej pozycji jest wyobraźnia autora i jego dystans do przedstawianej historii. Roberts świetnie wyczuwa konwencję klasycznej wiktoriańskiej opowieści i miesza ją z nie mniej charakterystyczną atmosferą gore-horrorów klasy B z lat osiemdziesiątych XX wieku. Czyni to przy okazji z niewątpliwą lekkością i bawi się poszczególnymi elementami obu wzorców. To smaczne połączenie okraszone jest natomiast sporą dawką czarnego humoru – np. czy ktoś kiedyś słyszał o krwiożerczych indykach zombie? Albo czy ktoś kiedyś zastanawiał się, czy żywe trupy z innych krajów wyrażają swoje pragnienie mózgu w swych ojczystych językach? Takie problemy zaprzątają właśnie głowę Adama Robertsa. Nie tylko zombie i Dickensem człowiek jednak żyje – autor naszpikował także
Opowieść zombilijną różnymi ciekawostkami i odwołaniami kulturowymi. Mnie, jako osobie znającej co nieco starożytną grekę i interesującej się zagadnieniami lingwistycznymi, do gustu najbardziej przypadła wysnuta przez Robertsa etymologia słowa „zombie”. Z filologicznego punktu widzenia doprawdy trudno cokolwiek jej zarzucić, co czyni ją jednym z elementów dodających książce sporo smaku.
Jeżeli chodzi o techniczną stronę utworu, trudno dodać cokolwiek do już napisanego – jest sprawna i poprawna, nic ponad to. Nie ma tego „czegoś”, co przykuwa do kolejnych stron. Nie znaczy to bynajmniej, że
Opowieść czyta się źle – po prostu nie zachwyca. Praktycznie brak tła historycznego, postacie są jedynie naszkicowane, a wydarzenia nie zaskakują. To wszystko jednak nie ma znaczenia, bo historia Adama Robertsa ma wprost niezwykły wdzięk, co czyni z niej dobrą lekturę.
Od strony wydawniczej, niczego zarzucić nie mogę – okładka przykuwa uwagę, liternictwo jest przyjemne dla oka, a ilustracje są wystarczająco straszno-śmieszne. Na uwagę zasługuje przekład, który ze sporym powodzeniem przenosi angielskie żarty językowe pierwowzoru i dodaje
Opowieści lekkości.
Wampirów wszyscy chyba mamy już dość, tym bardziej tych z rodzaju zniewieściałych przygłupów o błyszczącym białym torsie. A zombie? Czy współczesny czytelnik ma ochotę na lekturę opowieści o nieruchawych, mrukowatych mózgojadach? Z mojego punktu widzenia, odpowiedź może być tylko jedna – TAK! Tym bardziej, jeżeli owa opowieść podana jest w takiej formie, jak to ma miejsce w przypadku
Opowieści zombilijnej. Jest to zdecydowanie dobra propozycja lektury na długie, zimowe wieczory (choć może właściwie na jeden wieczór, bo długość książki pozostawia nieco do życzenia).
Ocena: 7/10
Opowieść zombilijna
Tytuł oryginalny: I am Scrooge. A Zombie Story for Christmas
Autor: Adam Roberts
Przekład: Adrian Napieralski
Rok wydania: 2010
ISBN: 978-83-7506-637-1
Liczba stron: 165
Format: 225 mm x 155 mm
Książkę do recenzji dostarczyło Wydawnictwo Zysk i S-ka
