Problem z kontynuacjami dzieł wielkich mistrzów polega na tym, że kontynuatorzy to przeważnie ludzie obdarzeni umiarkowanym talentem i pomysłowością. Wiadomo, gdyby mieli talent to znalibyśmy ich z własnych osiągnięć. W dodatku to, co wielcy mistrzowie pisali z potrzeby serca, ich mierni następcy małpują dla kasy.
Czy jednak zawsze powinniśmy ulegać tego typu uprzedzeniom? Po lekturze kontynuacji przygód największego detektywa wszechczasów, Sherlocka Holmesa, muszę odpowiedzieć: nie. Nawet jeśli to, cośmy wcześniej powiedzieli, byłoby jakąś regułą, to i od reguły są wyjątki. Właściwie należałoby zacząć od pytania, na ile Arthur Conan Doyle kierował się potrzebą serca, ale zostawmy zmarłych w spokoju.
Nowa odsłona opowieści o Holmesie nosi tajemniczy tytuł
Dom jedwabny, a jej autorem jest Anthony Horowitz, którego bynajmniej za miernotę nie można uznać. Człowiek ów jest zarówno pisarzem, scenarzystą, jak i producentem telewizyjnym. Pracował nad takimi klasycznymi serialami kryminalnym jak
Poirot czy
Morderstwa w Midsomer, a za swój autorski projekt
Detektyw Foyle otrzymał nagrodę BAFTA. Na polu literackim zasłynął przede wszystkim jako autor popularnego cyklu o młodocianym detektywie Aleksie Riderze.
Jego naśladownictwo Conan Doyle’a jest znakomite i dotyczy to zarówno sposobu odtworzenia unikalnego, pseudo-dziennikarskiego stylu starego mistrza, jak również klimatu jego opowieści oraz techniki komponowania fabuł i prowadzenia akcji. Oczywiście zdarza się, że autor puszcza oko do czytelnika i delikatnie krytykuje pierwowzór. Zwłaszcza można to zaobserwować w momentach, kiedy opisywane są problemy społeczne często przemilczane przez wstrzemięźliwego mieszczucha, jakim był Doyle. Niemniej jednak zawsze jest to czynione z taktem i ma wewnętrzne usprawiedliwienie logiczne: oryginalne przygody Holmesa Watson zapisywał na bieżąco, jako człowiek młody i naiwny, natomiast
Dom jedwabny ma być dziełem z czasu jego starości, pisanym po traumatycznym doświadczeniu pierwszej wojny światowej.
A skoro już mowa o, powiedzmy, iluzji kronikarstwa, to trzeba koniecznie pochwalić sposób, w jaki Horowitz wybrnął z „pułapki czasu”. Kiedy w latach siedemdziesiątych pojawiały się jakieś nowe opowieści o Holmesie, ich autorzy (a może autor, w sumie już nie pamiętam) tłumaczyli, że oto po latach znalazły się jakieś zapiski trzymane przez rodzinę Watsona gdzieś tam na strychu albo w piwnicy. Historia
Domu jedwabnego jest zupełnie inna. Watson w swoim testamencie zastrzegł, że historia ta nie może zostać wydana drukiem przez sto lat, gdyż opisane w niej kontrowersyjne zdarzenia mogłyby postawić w kłopotliwej sytuacji licznych przedstawicieli klas wyższych, a nawet członków rodziny królewskiej.
Doprawdy opisana w tej powieści sprawa jest prawdopodobnie największą i najbardziej szokującą, jaką rozwiązał słynny detektywistyczny tandem. A, co ciekawe, z początku nic tego nie zapowiada. Tyle jednak będzie wam musiało wystarczyć na zachętę. Zbytnie gadulstwo w przypadku kryminałów nigdy nie wychodzi recenzentom na zdrowie.
W każdym razie uwierzcie mi na słowo, że
Dom jedwabny to książka absolutnie warta przeczytania. A jeśli nie wierzycie mi, no to cóż, pozostaje jeszcze autorytet dwóch wielkich ludzi, którzy spotkali się poza czasem i przestrzenią, by po raz kolejny powołać do życia największego detektywa wszechczasów.
Wydawnictwo: REBIS
ISBN: 978-83-7510-815-6
Tłumaczenie: Szymański Maciej
Format: 14.0x22.0cm
Ilość stron: 304
Oprawa: Twarda z obwolutą
Wydanie: 1, 2011 r.
Książkę do recenzji dostarczyło Wydawnictwo Rebis
